Jak działa viagra ?

Jak długo działa Viagra?
Jak długo działa Viagra?

Viagra zaczyna działać około godziny po jej zażyciu. Zażyj ją godzinę przed planowanym stosunkiem. Viagra działa przez około 4 godziny. Nie oznacza to, że przez 4 godziny będzie utrzymywała się erekcja ale bez problemów w tym czasie ją osiągniesz. Po osiągnięciu orgazmu i/ lub po zaprzestaniu stymulacji seksualnej, erekcja zaniknie.

Stymulacja seksualna

Stymulacja seksualna jest potrzebna do wywołania erekcji. To dotyczy również Viagry. Nie osiągniesz spontanicznie erekcji po zażyciu tabletki. Poprzez seksualne podniecenie uwalniają się substancje, które powodują erekcję oraz są potrzebne w działaniu Viagry. Po każdym podnieceniu seksualnym, które wystąpi w ciągu 4 godzin po zażyciu Viagry, dochodzi do erekcji i możesz cieszyć się współżyciem.

Uwaga: jeśli erekcja utrzymuje się dłużej niż 4 godziny i jest bolesna, należy jak najszybciej skonsultować się z lekarzem.

Ciężkie posiłki i alkohol

Viagra zaczyna działać średnio w ciągu 30 do 60 minut. Jest to uzależnione od osoby oraz od tego czy został spożyty posiłek przed zażyciem Viagry. Jeśli dopiero co zażyłeś ciężki posiłek, działanie Viagry może się opóźnić. Nie zaleca się spożywania ciężkich posiłków przed zażyciem Viagry by utrzymać jej optymalny efekt. Spożywanie alkoholu ma również negatywny wpływ na działanie tabletek na erekcję co powoduje, że erekcja się opóźnia. Wskazane jest by nie spożywać za dużych ilości alkoholu zanim zażyjesz tabletkę.

Optymalny efekt

Aby uzyskać optymalny efekt, ważne jest by zażywać Viagrę według zaleceń. Zażywaj takie dawki jakie zalecił ci lekarz. Dawka może ewentualnie zostać podwyższona, jeśli jest ku temu powód.
Stosuj się do zaleceń lekarza, a będziesz cieszyć się z efektów Viagry i jej długiego działania.

Oryginalna Viagra

Pamiętaj by zażywać wiarygodne i bezpieczne tabletki Viagra. Na rynku jest wiele fałszywych tabletek, które mogą spowodować wiele poważnych skutków ubocznych oraz mogą być niebezpieczne dla twojego zdrowia. Niestety w internecie jest wielu aktywnych dostawców fałszywej Viagry co niesie za sobą wiele ryzyka. Na stronie Dokteronline.com możesz bezpiecznie zamówić oryginalną Viagrę. Te tabletki pochodzą z firmy Pfizer i są ściśle kontrolowane i testowane.
Viagra zaczyna działać około godziny po jej zażyciu. Zażyj ją godzinę przed planowanym stosunkiem. Viagra działa przez około 4 godziny. Nie oznacza to, że przez 4 godziny będzie utrzymywała się erekcja ale bez problemów w tym czasie ją osiągniesz. Po osiągnięciu orgazmu i/ lub po zaprzestaniu stymulacji seksualnej, erekcja zaniknie.

Stymulacja seksualna

Stymulacja seksualna jest potrzebna do wywołania erekcji. To dotyczy również Viagry. Nie osiągniesz spontanicznie erekcji po zażyciu tabletki. Poprzez seksualne podniecenie uwalniają się substancje, które powodują erekcję oraz są potrzebne w działaniu Viagry. Po każdym podnieceniu seksualnym, które wystąpi w ciągu 4 godzin po zażyciu Viagry, dochodzi do erekcji i możesz cieszyć się współżyciem.

Uwaga: jeśli erekcja utrzymuje się dłużej niż 4 godziny i jest bolesna, należy jak najszybciej skonsultować się z lekarzem.

Ciężkie posiłki i alkohol

Viagra zaczyna działać średnio w ciągu 30 do 60 minut. Jest to uzależnione od osoby oraz od tego czy został spożyty posiłek przed zażyciem Viagry. Jeśli dopiero co zażyłeś ciężki posiłek, działanie Viagry może się opóźnić. Nie zaleca się spożywania ciężkich posiłków przed zażyciem Viagry by utrzymać jej optymalny efekt. Spożywanie alkoholu ma również negatywny wpływ na działanie tabletek na erekcję co powoduje, że erekcja się opóźnia. Wskazane jest by nie spożywać za dużych ilości alkoholu zanim zażyjesz tabletkę.

Optymalny efekt

Aby uzyskać optymalny efekt, ważne jest by zażywać Viagrę według zaleceń. Zażywaj takie dawki jakie zalecił ci lekarz. Dawka może ewentualnie zostać podwyższona, jeśli jest ku temu powód.
Stosuj się do zaleceń lekarza, a będziesz cieszyć się z efektów Viagry i jej długiego działania.

Oryginalna Viagra

Pamiętaj by zażywać wiarygodne i bezpieczne tabletki Viagra. Na rynku jest wiele fałszywych tabletek, które mogą spowodować wiele poważnych skutków ubocznych oraz mogą być niebezpieczne dla twojego zdrowia. Niestety w internecie jest wielu aktywnych dostawców fałszywej Viagry co niesie za sobą wiele ryzyka. Na stronie Dokteronline.com możesz bezpiecznie zamówić oryginalną Viagrę. Te tabletki pochodzą z firmy Pfizer i są ściśle kontrolowane i testowane.

Nie radzą sobie z dzieckiem

Dlaczego dzieci zaczynają okazywać agresję względem rodziców? Jak kształtują się relacje we współczesnej rodzinie? Kiedy rodzice powinni poprosić o pomoc specjalistę? Rozmawiamy o tym z psychologiem Hubertem Czemierowskim.

Lukas i Elias to dziewięcioletni bliźniacy. Śliczni jak aniołki. Wspólnie z mamą, młodą kobietą po niedawno przebytej operacji plastycznej, spędzają lato w domu na wsi. Biegają po lesie, pływają w jeziorze, trochę się nudzą i zaczynają buntować się przeciw zasadom narzuconym w domu. Mama staje się poirytowana. Synowie stają się agresywni. A agresja ma tendencje do eskalacji.

Chłopcy fantazjują o wrzucaniu jej robaków do łóżka, a później ją do niego przywiązują. Zalepiają jej usta klejem, a potem rozcinają je nożyczkami do paznokci. Twarz matki wykrzywia grymas bólu. Na białą pościel ścieka krew, ale jej krzyków na odludziu nikt nie usłyszy.

Ten horror rozgrywa się w filmie „Widzę, widzę”. Severin Fiala i Veronika Franz przełamują w nim silne tabu: agresji, którą dzieci mogą wykazywać wobec własnych rodziców. I przemocy, którą może się to skończyć. Mocny obraz potraktowaliśmy jako punkt wyjścia do rozmowy o tym, co się dzieje, kiedy to dzieci próbują przejąć władzę nad dorosłymi.

Anna Bielak: „Spędziliśmy na tym planie najlepsze lato w życiu” – powiedzieli Lukas i Elias Schwarzowie. W filmie „Widzę, widzę” chłopcy zagrali braci, którzy torturują mamę. Przemoc bez konsekwencji jest źródłem przyjemności?

Hubert Czemierowski: Przemoc jest ekscytująca. Nie sądzę jednak, że ekscytuje zadawanie bólu. W grę wchodzi raczej posiadanie władzy nad drugą osobą. To ona jest podniecająca. Znajoma opowiadała mi, jak będąc jedenastoletnią dziewczynką, uczennicą z wzorowym zachowaniem i czerwonym paskiem na świadectwie, odkryła, jaką przyjemność sprawia dzierżenie władzy nad kimś od niej słabszym. Razem z przyjaciółką pojechały na obóz i okazało się, że dzielą pokój z koleżanką, która panicznie boi się opowieści o duchach. Wystarczyło kilka słów i koleżanka nie spała całą noc, trzęsąc się ze strachu i płacząc. Wspominała, że delektowały się poczuciem posiadania tak wielkiego wpływu na kogoś innego. W dobrych domach, w których się wychowały, nigdy się z czymś takim nie spotkały.

Jak kształtują się relacje władzy we współczesnych rodzinach?

– Układy są dziś bardziej partnerskie, niż były kiedykolwiek wcześniej. Pokolenia urodzone na przełomie lat 70. i 80. z uporem do tego dążyły. Ludzie, którzy dziś są po trzydziestce, byli jeszcze wychowywani w tradycyjny sposób – w rodzinach, w których władzę dzierżyli starsi. Wielu z nich nie chce powielać tego modelu. To zresztą naturalne, że każde kolejne pokolenie chce działać w kontrze do poprzedniego. Rodzice, którzy nie cieszyli się pełnią wolności jako młodzi ludzie, właśnie ją najbardziej chcą podarować swoim dzieciom. Ci, którzy żyli w szarej rzeczywistości, wydają pieniądze na zabawki, podróże i ciuchy. Tacy, którym w młodości powtarzano, że dzieci i ryby głosu nie mają, chcą rozmawiać z dziećmi i pozwolić im na podejmowanie decyzji. I generalnie nie ma w tym nic złego.

Ale każdy kij ma dwa końce.

– Bo czasem granica między dorosłym a dzieckiem za bardzo się zaciera. Współcześni rodzice często nie chcą wejść w rolę „dorosłych”. Szukają w dzieciach partnerów do wspólnej zabawy. Czasem, kiedy widzę na ulicy matkę i nastoletnią córkę, trudno mi powiedzieć, która jest która. Jedna się odmładza, druga się postarza. Pamiętam też jeden z pikników rodzinnych, w których uczestniczyłem. Przyszedł na niego ojciec z synem. Byli identyczni. Ubrani w takie same szorty i koszulki polo. Mieli takie same fryzury. Trzydziestoletni facet wyglądał i zachowywał się jak ośmiolatek – jakby był kumplem swojego syna. Zresztą ubrania dla dzieci kiedyś były zupełnie inne. Dziś są tylko zminiaturyzowanymi wersjami ubrań dla dorosłych. Za tą zmianą idą kolejne.

Jakie?

– Kiedyś mówiliśmy o niewinności, dziś małe dzieci się seksualizuje. Siedmioletnie dziewczynki noszą wydekoltowane bluzki i kabaretki. Zmieniła się też literatura dla dzieci. Kiedyś poruszała tylko określony zakres tematów, teraz w książkach dla dzieci można przeczytać o wszystkim – o rozwodach, śmierci, fizjologii. Dzieci wielu moich znajomych mówią też dorosłym po imieniu. Kiedy do mojego syna przychodzi siedmioletni kolega, słyszę od progu: „Cześć Hubert! Co słychać?”. Oczywiście to nie oznacza, że dziecko, które zwraca się do dorosłego po imieniu, nie ma do niego szacunku, ale bez wątpienia dziecku, które wita się z mamą pod szkołą: „Hej, Marta”, łatwiej powiedzieć przy stole: „Ej, Marta, nie będę tego jadł!”.

Dziecko się awanturuje, a rodzicowi nie przystoi dziś dać mu klapsa w pupę.

– Coraz mniej rodziców pozwala sobie odpowiadać na pytanie dziecka: „Dlaczego” stwierdzeniem „Bo ja ci tak każę!”. Dziś dzieciom wszystko się spokojnie wyjaśnia i tłumaczy, jakby chciało się im coś udowodnić i przekonać do zmiany poglądu. Rodzice dają pole do dyskusji i otwierają się na przyjęcie argumentów z drugiej strony. Zresztą dzieci urodzone po 2000 roku – należące do tzw. Generacji Z – nie uznają, że dorosły ma autorytet z racji swojego wieku. Nie wystarczy już być tatą albo wujkiem, na szacunek trzeba sobie zapracować tym, co się mówi i co sobą reprezentuje. Dorosłość trzeba obronić, a dzieci są dziś bardzo krytyczne. Ale przecież chcieliśmy, żeby były świadome, otwarte, nie bały się zadawać pytań i nie siedziały cichutko w kącie z nosem w malowance. I takie się stały.

Takie pseudopartnerstwo zaburza jednak pewien układ sił i podział ról.

– W dobrze funkcjonującej rodzinie role zawsze są jasno określone – rodzic jest rodzicem, a dziecko dzieckiem.

No dobrze, ale co mają robić rodzice, kiedy układy między dziećmi a rodzicami stają się nazbyt partnerskie? Czy to może być groźne lub niezdrowe? Jak sobie radzić ze zmianą, jeśli ta zmiana pójdzie za daleko?

– Zacznijmy może od tego, że nie każde partnerstwo z dziećmi jest z natury złe. Znam wiele rodzin, w których relacje panujące między rodzicami a dziećmi na pozór są pełne luzu, jednak obydwie strony doskonale zdają sobie sprawę z tego, gdzie są granice. Taki układ nie niesie ze sobą specjalnych zagrożeń.

Myślę bardziej o sytuacjach, gdy dorośli, wskutek zatarcia się granic, nie są w stanie spełniać swoich podstawowych zadań względem dzieci – takich jak ochrona przed zagrożeniami czy przekazywanie pozytywnych wzorców. U młodych ludzi może to skutkować zaburzeniem poczucia bezpieczeństwa. O ile na co dzień przyjemnie jest być „na jednym poziomie” z rodzicami, o tyle w obliczu zagrożenia czy też kryzysu (a tych przecież na każdym etapie życia dzieci nie brakuje) dobrze mieć u boku kogoś mądrzejszego czy silniejszego. Jestem przekonany, że niezależnie od pokolenia młodzi ludzie potrzebują autorytetów i wsparcia w trudnych chwilach i optymalnie byłoby, gdyby mogli obie rzeczy znaleźć w rodzinie. A co, jeśli za bardzo zagalopowaliśmy się w partnerstwie z własnymi dziećmi? Nigdy nie jest za późno, aby starać się przywrócić równowagę, a pierwszym krokiem może być już sama świadomość, że należy to zrobić.

Kiedy możemy zacząć mówić o realnych dysfunkcjach i na czym one polegają?

– Dysfunkcje w rodzinie mogą być stałe lub czasowe. Do tych drugich należy m.in. utrata pracy, choroba, wypadek, śmierć rodzica lub brata czy siostry – cokolwiek, co pochłania uwagę i uczucia, których zaczyna brakować dzieciom. Dysfunkcja pojawia się też wtedy, kiedy od dziecka oczekuje się zachowania typowego dla osoby dorosłej. Na dziewięcioletnich bohaterów filmu „Widzę, widzę” została zrzucona odpowiedzialność za to, żeby mama się dobrze czuła. Jednocześnie matka zakazała synom wszystkiego, co właściwe dla ich wieku – hałasowania, biegania, bawienia się ze zwierzętami. To było z jej strony nadużycie. Miarka się przebrała.

Filmowa historia jest pełna niedopowiedzeń, alewygląda na to, że chłopcy wcześniej stracili ojca. Powodem mógł być wypadek lub rozwód. Dzieci padły ofiarą jednego lub drugiego. To prawda, że ofiary często stają się agresorami?

– Nie zgodziłbym się z tym, że to dzieje się często. Ludzie noszą syndrom ofiary w sobie i przenoszą go w nowe środowiska, sytuacje czy relacje. Ci, którzy mają niskie poczucie własnej wartości, nie umieją się bronić, są bierni. Rzadko kiedy ktoś taki staje się agresorem; jest na to zwyczajnie za słaby. Dzieci reagują na traumę w rodzinie w bardzo indywidualny sposób. Zazwyczaj pojawia się lęk i dziecko się wycofuje, zamyka w swoim świecie, czasami przestaje mówić. Kiedy indziej reakcją obronną rzeczywiście może być jednak agresja wywołana przez złość lub żal po utracie kogoś bliskiego. Przypomina mi się historia Johny’ego Casha, który został obwiniony o śmierć swojego brata. Poczucie winy bardzo łatwo narzucić. Wiele zależy od tego, jak w tej samej sytuacji, w której znalazły się dzieci, zachowują się dorośli. Trudno mi jednak powiedzieć, co wydarzyło się w domu w filmie „Widzę, widzę”, zanim zostaliśmy do niego wpuszczeni i jakie było podłoże tego horroru.

Pofantazjujmy jednak! Jakie mogły być jego przyczyny?

– Funkcjonalna rodzina charakteryzuje się pewną elastycznością. Zasady i granice zmieniają się w wyjątkowych okolicznościach lub z biegiem czasu. I z tych zmian nie robi się problemu. Zbytnia autorytarność, czyli brak zgody na jakiekolwiek dyskusje, powinna niepokoić równie mocno, jak rodzicielska nadopiekuńczość, która nie pozwala rozwinąć dziecku skrzydeł.

Wydaje mi się, że działanie filmowych braci jest efektem zemsty. To próba odreagowania i rodzaj buntu przeciw ewidentnie nowej, domowej sytuacji. W kilku scenach widzimy, że matka kontroluje synów, zamyka ich w pokoju, narzuca sztywne reguły gry. Chłopcy przywiązują matkę do łóżka i zyskują tym taką władzę, jaką ona wcześniej prawdopodobnie miała nad nimi – absolutną. Kopiują jej model zachowania. Z drugiej strony matka była też osłabiona – po rozwodzie, wypadku, operacji plastycznej, której powodów nie znamy. A w akt przemocy zawsze jest wpisana nierównowaga sił.

Zwykle dorosła osoba dysponuje większą siłą niż dziecko.

– Tak, dlatego sytuacje, w których dziecko znęca się nad rodzicem, są stosunkowo rzadkie. Wiemy o dorosłych dzieciach znęcających się nad starszymi rodzicami, ale teraz mówimy o dziewięciolatku. Żeby doszło do takiego aktu przemocy, dziecko w jakiś sposób musi zyskać wyraźną przewagę nad rodzicem.

Jak może to zrobić?

– Dziecko musi ktoś wspierać i może to być np. babcia albo koledzy z podwórka, którzy mogą zastraszyć mamę wracającą do domu wieczorem po pracy. Czasem wystarczy się tylko na nich powołać.

W grupie tkwi siła. Czy dlatego w filmie chłopców jest dwóch?

– Na pewno. W grupie dziecko jest w stanie zrobić rzeczy, których nigdy nie zrobiłoby samemu. Wrażliwemu synowi mojego znajomego zdarzyło się grupowo wlać słabszemu koledze w łazience. Pamiętam też, że kiedy sam miałem 12 lat, całe nasze osiedle żyło historią włamania do hurtowni. Koledzy z bloku wybadali, że jej właściciel składuje przywiezioną z Niemiec gumę balonową i słodycze. Paru chłopaków stało więc na czatach, a inni włamali się przez piwnicę. Później pół osiedla zajadało się cukierkami i nikt nie poniósł żadnych konsekwencji tego złodziejskiego czynu. Sam wprawdzie nigdy nie zorganizowałbym takiej akcji, ale pamiętam, jak podniecające było zastanawianie się nad tym, czy złapią nas wszystkich, czy nie? Czuliśmy się wszyscy jak bohaterowie filmu sensacyjnego. Nie bez kozery lubimy je oglądać.

Lubimy też oskarżać media o całe zło na świecie. Tymczasem baśnie braci Grimm, w których dzieci zaczytywały się dawniej, też są pełne przemocy.

– Tak, ale w starych bajkach czy brutalnych baśniach braci Grimm role były jasno rozdzielone – było wiadomo kto jest dobry, a kto zły. Współczesne bajki i filmy dla dzieci charakteryzuje znacznie większy relatywizm. Pamiętam, że zdałem sobie z tego sprawę, oglądając „Leona zawodowca”. Główny bohater jest fascynujący, to dobry człowiek i w gruncie rzeczy pozytywna postać, której chce się kibicować. Ale jednocześnie to przecież płatny zabójca! Dzieci oglądają coraz więcej filmów, w których postaci są ambiwalentne moralnie. To ciekawe rozwiązanie fabularne, ale dzieci w pewnym wieku potrzebują jasnych wzorców. Nie oferują ich nawet bajki, które, gdyby się nad tym zastanowić, wcale nie są dziś kręcone z myślą o dzieciach.

Żeby na sali kinowej znaleźli się najmłodsi, filmem musi się najpierw zainteresować dorosły.

– Bajki są więc pisane dwutorowo i po brzegi wypełnione podtekstami. Finalnie dorośli śmieją się z czegoś innego niż dzieci. W Disnejowskiej „Królewnie Śnieżce” nie było drugiego dna. W „Shreku”, „Autach” czy „Gdzie jest Nemo?” są wyraźne podteksty seksualne i dowcipy, których sens wyłapuje tylko dorosły. Ale dzieci je wyczuwają. Rozumieją dziś więcej, niż może się nam wydawać, ale czasem wiedza zyskana zbyt wcześnie robi im więcej krzywdy, niż daje korzyści.

A agresja to rzecz wrodzona czy nabywana?

– Może być taka i taka. Agresywne zachowania można wynieść z domu lub wyuczyć się ich w trakcie kontaktów społecznych z rówieśnikami lub nauczycielami. Czasem matka jest lękliwa, słaba, wycofana, a rozwijające się przy niej dziecko karmi się strachem i rozwija psychopatyczne tendencje do okrucieństwa i bezwzględności. Osoba psychopatyczna traci zdolność współodczuwania, a z tym idzie w parze utrata poczucia winy i sumienia. Dziecko musiałoby być jednak wystawione na bardzo długie działanie, które nie uczy tych rzeczy lub ich z sukcesem oducza. To się może wydarzyć w rodzinach, w których obecna jest przemoc. Kiedy tata załatwia sprawy z kolegami za pomocą pięści, dziecko będzie to samo robić w szkole, bo nie zna innego sposobu komunikowania swojego zdania. Są też teorie, które głoszą, że pewne psychopatyczne tendencje są wrodzone i kształtują osobowość na poziomie fizjologicznym. Choroba psychiczna dotyka jednak niewielkiego procentu dzieci zachowujących się agresywnie.

 

To prawda, że agresja pojawia się prawie zawsze na jednym z etapów rozwoju dziecka i jest to rzecz w pełni naturalna?

– Tak. Czasem mówi się nawet, że agresja u dzieci jest pierwszą formą komunikacji. Nieumiejący jeszcze mówić dwulatek podbiega do kolegi w piaskownicy, uderza go łopatką po głowie i ma pewność, że od tego zacznie się interakcja między nimi. Dzieci gryzą, biją, ciągną za włosy i obserwują, jakie to wywołuje reakcje. Zazwyczaj jednak dziecko dosyć szybko, bo najpóźniej w trzecim roku życia, uczy się odróżniać dobro od zła.

Wedle skali rozwoju moralnego Kolberga występują trzy stadia rozwoju moralnego: przedkonwencjonalne, konwencjonalne i postkonwencjonalne. I już na pierwszym etapie pierwszego z nich pojawia się respekt dla zasad moralnych. Dziecko jest motywowane wizją kary. Rozumie, że bycie posłusznym się opłaca, i wie też, że kiedy uderzy kolegę, jego to zaboli. Mało tego, są osoby, wobec których się hamuje. Dziecko uderza kogoś, kto mu nie odda, bo chce mieć gwarancję sukcesu. Pamiętajmy też, że agresja nie jest uczuciem ani cechą osobowości, ale formą reakcji – działaniem pojawiającym się w odpowiedzi na różne emocje.

Pierwszą, która przychodzi mi do głowy, jest złość.

– To naturalne. A dzieci, które mają niewielką władzę, ale dużo złości w sobie, mogą próbować ukarać rodziców. I zrobią to, kiedy np. przestaną ich akceptować. Ale bardzo często, a zwłaszcza u dzieci, agresja powstaje też w reakcji na nudę (nie zawsze uruchamia ona kreatywność), lęk lub frustrację. Strach często narasta w dzieciach w rodzinach permisywnych, w których rodzice pozwalają na wszystko. Dają dzieciom prawa, których w rzeczywistości sami nie mają. A jeśli dziecko jest narażone na długotrwałe zablokowanie swoich dążeń, rodzi się frustracja. Agresja może jej towarzyszyć.

Czym może być sfrustrowane dziesięcioletnie dziecko?

– Wszystkim! Może chce mieć kota, a rodzice nie chcą zwierząt w domu? I wystarczy. Oczywiście nie jest tak, że każde zablokowanie dążeń będzie budzić agresję – ale może. Reakcje w dużej mierze są uzależnione od temperamentu. Jedna osoba zareaguje złością na to, co drugą zasmuci, a trzecią przestraszy. Każda emocja jest indywidualną odpowiedzią na trudną sytuację. Agresja rozładowuje emocje i przynosi natychmiastową ulgę. Może być też jednak czysto instrumentalna – ukierunkowana na osiągnięcie konkretnej korzyści. Kiedy dziesięciolatek chce sobie kupić batona w szkolnym sklepiku i wygania z kolejki siedmioletniego kolegę, nie robi tego dlatego, że ma wobec niego jakieś negatywne emocje. Zachowuje się tak, bo chce szybciej osiągnąć własny cel i np. przed dzwonkiem na lekcje pograć z kolegami w piłkę.

Kadr z filmu Kadr z filmu „Widzę, widzę” (fot. materiały prasowe)

Jak rodzice mają sobie radzić z dziećmi, które stosują przemoc – wobec nich, swojego otoczenia, siebie samych?

– Jeśli podłożem agresji jest złość, trzeba od małego uczyć dziecko bardziej konstruktywnych sposobów radzenia sobie z nią. Siłą rzeczy w życiu przeżywa się różne emocje. Zamiast je blokować, trzeba się nauczyć je nazywać, rozumieć i radzić sobie z nimi w sposób, który nie odbija się na innych. Dzieciom trzeba tłumaczyć, co się z nimi dzieje, i szukać przyczyn ich różnych stanów emocjonalnych. To wymaga rodzicielskiej czujności. Trzeba też pamiętać, że przemoc się rozkręca, rzadko zaczyna się od górnego C. Agresor testuje możliwości, obserwuje, co działa, a co nie; przesuwa granice i w końcu je przekracza. Rodzice powinni modelować w dziecku pozytywne reakcje. Wyładowanie się na zewnętrznym obiekcie jest proste. Kiedy jednak dziecko widzi, że mama ma swój sposób na radzenie sobie ze złością, dostrzeże, że istnieją alternatywne modele dawania upustu emocjom.

Z jakimi najtrudniej sobie radzić?

– To indywidualna sprawa, ale chyba postawiłbym na wstyd i żal.

W sytuacji przemocy dzieci wobec dorosłych wstyd towarzyszy tym drugim.

– Rodzice wstydzą się mówić o tym, że dzieci są agresywne wobec nich, bo przyznaliby się do porażki wychowawczej. Trudno dziś nawet mówić o tym, jakie są statystyki. Wygląda na to, że generalnie nawet ich nie ma.

Kiedy rodzice powinni udać się do specjalisty? I jak przekonać ich, że dzięki temu pomogą sobie i dziecku, a na pielęgnowaniu wstydu wszyscy stracą?

– Nie z każdym problemem wychowawczym musimy od razu zwracać się do specjalisty. W wielu wypadkach rodzina jest w stanie niejako „własnymi siłami” zmienić układ wzajemnych relacji. Czasami wystarczy tak prozaiczna rzecz jak rozmowa dwojga dorosłych (partnerów), umówienie się na wspólne zasady i konsekwentne ich przestrzeganie. Myślę tu zwłaszcza o sytuacjach, kiedy mamy do czynienia bardziej z pojedynczymi agresywnymi zachowaniami dzieci wobec rodziców niż z powtarzającymi się aktami przemocy. Niekiedy jednak system rodzinny potrzebuje „interwencji z zewnątrz” – choćby w przypadku, gdy jedno z partnerów, w mniej lub bardziej świadomy sposób, wspiera dziecko w niepożądanych zachowaniach.

Generalnie w sytuacji przemocy największą skuteczność mają działania podejmowane na możliwie najwcześniejszym etapie, ponieważ przemoc ma tendencje do eskalacji. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że bezradność wobec własnego dziecka jest trudnym uczuciem, do którego nie zawsze mamy ochotę się przyznawać, jednak z mojego doświadczenia wynika, że rodzice często decydują się szukać pomocy dopiero, gdy stanie się coś naprawdę poważnego.

źródło:

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18825123,na-jej-twarzy-malowal-sie-upiorny-usmieszek-juz-kilkunastomiesieczne.html

Fazy alkoholizmu

Drukuj
FAZA WSTĘPNA

 W fazie tej dochodzi do uzależnienia psychicznego. Picie towarzyskie przeradza się w miarę czasu w picie na rozładowanie napięć, stresów, poprawy samopoczucia. Pijący zaczyna szukać sytuacji, w których prawdopodobnie będzie alkohol. Z reguły jeszcze nie upija się i ma zachowaną kontrolę nad piciem. Stopniowo zwiększa się jego tolerancja na alkohol. Ma mocna głowę. Nie ponosi jeszcze emocjonalnych skutków swego picia.

FAZA OSTRZEGAWCZA

 W fazie tej alkoholik zaczyna coraz częściej szukać okazji do picia. Na przyjęciach sam inicjuje kolejki, ”podkręca tempo” picia aby dostosować ilość wypijanego alkoholu do swych zwiększonych zapotrzebowań. Po wypiciu polepsza się jego samopoczucie. Alkohol przynosi mu ulgę, rozpręża się. Jest to jego niezawodny środek na ukojenie. Każdorazowo rozpoczęte picie kończy się utratą kontroli.

Alkoholik nie może odmówić sobie. Zaplanowanie swego picia (tylko 100 gram i koniec) i zakończenie go w tym momencie staje się niemożliwe. Często aby nie pokazać tego w swoim otoczeniu, pije w sposób ukryty (np. dopija przed imprezą). Wybiera także takie towarzystwa, gdzie jest alkohol. Często zaczyna urywać mu się film. Nie pamięta co się z nim działo (co mówił, co robił) nawet po niewielkiej ilości alkoholu.

FAZA KRYTYCZNA (OSTRA)

 Faza ta charakteryzuje się tym, że zaraz po spożyciu nawet niewielkiej ilości alkoholu zjawia się przeważnie pragnienie dalszego picia, które odczuwane jest czasami jako przymus fizyczny.

Rozwija się w pełni utrata kontroli nad rozpoczętym piciem. Jeden kieliszek wyzwala „reakcję łańcuchową”. Takie utraty kontroli zaczynają zdarzać się coraz częściej, wydłuża się czas picia i ilość wypijanego alkoholu. Alkoholik zaczyna wynajdywać usprawiedliwienia przede wszystkim dla siebie, a następnie dla swego otoczenia.

Jego pijackie „alibi” przybiera coraz bardziej nonsensowny charakter. W tym okresie sposób picia staje się coraz bardziej widoczny dla otoczenia. Rodzina zaczyna izolować się z życia społecznego, wstydząc się ludzi. Nieprzeparta chęć picia (wbrew wszelkim racjom) wzmaga się. Alkoholik zaczyna tracić szacunek do samego siebie – co z kolei wymaga wyrównania. Pojawiają się nietypowe wcześniej zachowania, jak np.: niezadowolenie, agresywność, itp. Zaczyna winą obarczać swe otoczenie. Czasami wskutek nacisku społeczeństwa, podejmuje abstynencję (tydzień, miesiąc, nawet 6 i 9 miesięcy). Jednak okresowo powraca do picia. Zaczyna bardziej izolować się od świata zewnętrznego. Próbuje „pokonać” alkohol, udowadniając w różny sposób, że to on panuje. Stopniowo wydłużają się jego ciągi picia (do kilku tygodni, miesięcy). Jest to stopniowe przechodzenie do kolejnej fazy uzależnienia.

FAZA PRZEWLEKŁA

Faza ta jest ostatnim etapem rozwoju uzależnienia od alkoholu. Picie zaczyna być ciągłe. Czasami alkoholik upija się kilka razy w ciągu dnia. Przełomowym momentem jest tu regularne picie ranne. Giną resztki oporu, wstydu alkoholika. Upija się w pracy, na ulicy. Stan taki trwa całymi tygodniami, miesiącami, aż do objawów zatrucia.

Pojawiają się objawy zespołu abstynencyjnego (bóle głowy, osłabienie, drżenie, nudności, wymioty, zaburzenia nastroju, zaburzenia snu, jadłowstręt, biegunki, kołatanie serca, poty, lęki). Czasami przeradzają się one w objawy psychoz alkoholowych. przykre objawy abstynencyjne ustępują po wypiciu alkoholu.

W ten sposób wytwarza się błędne koło picia. Pojawia się bardzo wyraźne obniżenie tolerancji na alkohol. Czasami wystarczają dwa piwa aby się upił. Długotrwałe opilstwo wywołuje degradację moralną, osłabienie procesów myślenia, zaburzenia popędu płciowego, zmiany charakterologiczne (obniżenie tzw. uczuciowości wyższej). Zaczyna sięgać po alkohole niespożywcze, zaczyna pić na ulicach z osobami niższego poziomu społecznego. Wielu z alkoholików pije na tym etapie z każdym i w każdym miejscu. Często jest gościem izb wytrzeźwień, szpitali psychiatrycznych, które dają mu jedynie chwilowe wytchnienie. Dla tych, którzy doszli do tego momentu uzależnienia są tylko dwa wyjścia:

Śmierć – pijąc

Trzeźwe życie – nie pijąc.

 żródło:

http://morawica.com.pl/alkohol/fazyalkoholizmu.html

Bolesne piersi a menopauza

Szacuje się, że z powodu bólu piersi cierpi blisko 80 proc. kobiet. Choć rzadko ma związek z poważnymi zmianami chorobowymi w organizmie może skutecznie uprzykrzyć życie. Dlatego w przypadku, gdy staje się bardzo dokuczliwy warto zapytać o poradę lekarza ginekologa.
Mastodynia to rodzaj bólu piersi połączonego z ich obrzękiem oraz znacznym powiększeniem. Przyczyną jego występowania może być zbliżająca się miesiączka, zaburzenia hormonalne (np. u kobiet w okresie menopauzy), uraz lub zbyt duży wysiłek fizyczny. Czasem zdarza się, że ból piersi to konsekwencja nieprawidłowej diety np. ubogiej w witaminy z grupy B .
Leczenie mastodynii zależy od stopnia dokuczliwości objawów a także decyzji lekarza. Leczenie polega na wyrównaniu poziomu hormonów (przede wszystkim z grupy estrogenów). Znaczną ulgę może przynieść zmiana diety (wzbogaconej o witaminy A, E i B), wyeliminowanie kofeiny i alkoholu.
Mastalgia, czyli ból piersi to zazwyczaj niegroźna choć mocno dokuczliwa przypadłość. Przyczyny nieprzyjemnego ucisku lub kłucia mogą pojawić się u kobiet w każdym wieku i z bardzo różnych przyczyn. Mastalgia cykliczna ma ścisły związek z miesiączką lub zespołem napięcia przedmiesiączkowego.

Cykliczny ból piersi najczęściej pojawia się na kilka dni przed rozpoczęciem miesiączki i mija wraz z wystąpieniem krwawienia. Zdaniem naukowców za sprawą progesteronu (odpowiada także, za bolesność piersi kobiet w ciąży) w tkankach gruczołowych zaczyna zbierać się woda. W efekcie piersi, szczególnie w drugim okresie cyklu stają się bardziej wrażliwe. Są napięte, guzkowate, twarde a brodawki obrzmiałe. Dolegliwości nasilają się przy wykonywaniu szybkich i gwałtownych ruchów.

Od decyzji lekarza zależy czy konieczne jest wprowadzenie leczenia. Jeśli specjalista zdecyduje się na wprowadzenie farmakologii najczęściej sięga się po tzw. analogi, czyli substancje o działaniu podobnym do hormonów. Hamują one funkcjonowanie jajników i wywołują przedwczesną menopauzę. Mimo że terapia przynosi efekty niesie pewne nieprzyjemności. Pacjentki muszą liczyć się z uderzeniami gorąca, zimnymi potami oraz złym samopoczuciem.

Ból piersi, czyli mastalgia choć miewa podłoże onkologiczne, może pojawić się z bardzo różnych przyczyn i w różnych etapach życia kobiety. Medycyna wyróżnia dwa typy bólu – cykliczny oraz niecykliczny. Pierwszy to skutek zmian hormonalnych i zapowiedź zbliżającej się miesiączki. Drugi to konsekwencja urazu, zmian chorobowych, lub źle dobranej bielizny.
Mastalgia niecykliczna to rodzaj bólu nie mającego związku z cyklem miesiączkowym . Może się on pojawić wskutek uderzenia, nieprawidłowo dobranego biustonosza lub noszenia ciężkiej torby na ramieniu. Zdarza się, że obejmuje całą (jedna bądź obie) pierś lub kumuluje się w jednym miejscu. I mimo że ból nie jest zapowiedzią i pierwszym objawem raka towarzyszy niektórym zmianom, które zwiększają ryzyko jego wystąpienia. U starszych kobiet pojawienie się dolegliwości to zazwyczaj skutek menopauzy i związanych z nią zaburzeń hormonalnych.

Wybierz sport dla siebie

Ta przygoda zaczyna się zwykle dość zwyczajnie: znajomi jadą na narty, koleżanka biega dla formy, kumpel opowiada o godzinach spędzonych w klubie. Wciągasz się: biegasz, próbujesz tych nart albo zapisujesz się do klubu i… wkrótce okazuje się, że nie chodzi o żmudne ćwiczenia i zgubione kilogramy. Nagle inaczej żyjesz, myślisz, patrzysz na świat…

– Nauczyłam się jeździć na nartach po czterdziestce – mówi Anna, dziennikarka z Warszawy – i odkryłam, że nie chodzi o samą jazdę. Dla mnie narty to styl życia, atmosfera na stoku, porozumienie ludzi, którzy w tym samym czasie znajdują się w tym samym górskim miasteczku. Zapach grzańca przy wyciągu i charakterystyczny stukot narciarskich butów. Cały rok na to czekam…

– Kiedy wchodzę do swojego klubu fitness, oddycham z ulgą. Pozostawiam za drzwiami wszystkie decyzje i obowiązki, plany i budżety. To czas tylko dla mnie – stwierdza Karolina, właścicielka firmy konsultingowej.

– Koleżanka powiedziała: od jutra biegasz ze mną, i dałam się wciągnąć w świat joggingu. Niby tylko bieganie, ale za chwilę zalogowałam się na forach gromadzących osoby biegające w Warszawie. Wymienialiśmy informacje o parkach, trasach, osiągnięciach – opowiada Wiktoria, prawniczka. – Nie bez przyczyny biegacze pozdrawiają się, mijając się na miejskich ścieżkach – łączy nas swoista nić porozumienia.

Patrz na temperament

Ruch jest świetną okazją do tego, by uczestniczyć w życiu zgranej społeczności i spotykać ludzi o podobnym spojrzeniu na świat. Jak się bowiem okazuje, określone aktywności, a więc także dyscypliny sportu, uprawiają ludzie o podobnym temperamencie. Anna Januszewicz, psycholog z SWPS, której bliska jest tematyka sportu i zdrowego stylu życia, twierdzi, że osoby wysokoreaktywne, tj. takie, które stronią od hałasu i ryzyka, wolą pływanie albo jogging w parku. Wybierają sporty, dzięki którym mogą się zrelaksować, mniej zależy im na rywalizacji. Z kolei niskoreaktywni wolą sporty pełne emocji, np. skoki spadochronowe, alpinizm. Uprawiana dyscyplina jest więc wyróżnikiem temperamentu. – Z badań psychologów społecznych wynika, że lubimy ludzi podobnych do nas, chcemy z nimi spędzać wolny czas – tłumaczy Anna Januszewicz.

– W małych miejscowościach gra w piłkę nożną może być elementem, który spaja grupę mieszkańców – dodaje Konrad Burdyka, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się tematyką sportów. Sport tak integruje z innymi, że z czasem motywem do jego uprawiania nie jest już poprawa kondycji fizycznej, lecz chęć spotkania z kolegami. Najsilniejsze więzi tworzą się w sportach grupowych. – W zespole w naturalny sposób ludzie przyjmują swoje role, dzięki czemu lepiej funkcjonują jako całość – dodaje Anna Januszewicz. Takie grupy mają swój cel, wartości, modę i slang. To je cementuje.

Kameralnie, rodzinnie

Istnieją sporty, które scalają ludzi na jeszcze innych płaszczyznach – wybierają je osoby o podobnej sytuacji materialnej, zainteresowaniach i statusie społecznym. Odwieczny przykład to golf. – Nadal pozostaje sportem elitarnym, bo jego uprawianie wiąże się z dużymi wydatkami, więc stać na niego ludzi zamożnych. Jednak ta sytuacja się zmienia, golf powoli staje się coraz bardziej masowy – twierdzi Konrad Burdyka. Podobny los spotyka inne, dotychczas mało powszechne dyscypliny: strzelectwo, jazdę konną. Ich uprawianie nadal oznacza relatywnie duże wydatki, ale może sobie na nie pozwolić coraz większa liczba Polaków.

Ciekawe i skuteczne w gromadzeniu ludzi o podobnych zainteresowaniach i spojrzeniu na świat są elitarne kluby sportowe, słynne country clubs – wymyślone w Szkocji, a przeżywające rozkwit w czasach przemysłowej rewolucji w USA. Wysokie koszty abonamentu, ograniczona liczba członków spełniających pewne kryteria – sprawiają, że kluby te są miejscem spotkań elit. Są lubiane za nieskrępowaną atmosferę, ciszę i styl.

Więź z grupą

Olga Polakowska do tenisa stołowego wróciła myślami dopiero po pięćdziesiątce. Znalazła przez Internet sekcję w Warszawie. Na pierwszy trening poszła pełna obaw. Towarzystwo było bardzo zróżnicowane – i wiekiem, i rodzajem pracy.

– A mimo to od razu poczułam, że nadajemy na tych samych falach. I zostałam w pełni zaakceptowana. Od tego czasu ta grupa daje mi dużo energii, mogę liczyć na ich pomoc. Uwielbiam z nimi przebywać – mówi Olga.

Agata Żulewska, uczestniczka maratonów, ponad rok temu zaczęła biegać po stolicy. W parkach i dzięki Facebookowi poznawała innych biegaczy. Z jednym z nich umówiła się: przebiegniemy maraton! Po miesiącu przygotowań na 30. kilometrze biegu przyszedł kryzys – skurcze, ból, mogła tylko iść. Wtedy jakiś dziarski staruszek krzyknął do niej: „Dawaj, maleńka, tam już jest stadion!”. Ruszyła. Swój pierwszy maraton ukończyła w ciągu pięciu godzin. Wciągnęła się w świat biegów długodystansowych. Świetnie rozumie się z osobami poznanymi na maratonach, często się kontaktują, Wymieniają się aplikacjami na smartfona, które w trakcie treningu mierzą tempo, czas, dystans, średnią prędkość, spalone kalorie i rysują mapy biegu. A potem porównują wyniki. – Kiedy widzę, że znajomi pokonali jakiś dystans w krótszym czasie, mobilizuję się do dalszego treningu – mówi Agata. Wytwarza się zdrowa rywalizacja i… więź.

Niszowe, ekstremalne

Trwające kilka dni rajdy przygodowe to niszowy sport – bierze w nich udział mniej niż 50 osób w całej Polsce. To katorżniczy wysiłek – kilkadziesiąt kilometrów do przebiegnięcia, często po górzystym terenie, do tego ponad 100 kilometrów na rowerze, kilkanaście w kajaku, jeszcze wspinaczka, rolki, zadania specjalne. – W ubiegłym roku brałam udział w rajdzie w Finlandii, który trwał 98 godzin. Ekstremalnie trudny – komentuje Magda Dołęgowska, która uprawia tę dyscyplinę od sześciu lat.

Grono jest wąskie, więc wszyscy dobrze się znają. – Tworzymy społeczność międzymiastową, o silnych więzach. Spotykamy się na biegach, umawiamy się na treningi w górach, wyjeżdżamy na sylwestra – opowiada Magda. Są tu wuefiści, dziennikarze, filozof – ludzie z różnych branż, a jednak podobnie patrzący na świat. Prowadzą aktywny tryb życia, interesują się dietą i mają potrzebę pokonywania własnych granic. Mało kto ich rozumie, gdy mówią o chodzeniu „na rympał”, problemach w znalezieniu punktu kontrolnego albo kryzysach na 80. kilometrze. Koleżanka Magdy napisała nawet pracę magisterską na temat slangu, jaki wytworzył się w ich grupie.

– Osoby uprawiające sporty ekstremalne zwykle podporządkowują pasji całe życie. Najpierw są np. alpinistami, a dopiero potem rodzicami, prawnikami. Dzięki wspólnemu przeżywaniu skrajnych emocji to wąskie grono ludzi wiążą nadzwyczaj silne relacje – tłumaczy Konrad Burdyka.

Niezależnie od tego, czy postawisz na kameralną grupę, zgraną paczkę kilkunastu znajomych uprawiających tę samą dyscyplinę, czy prawdziwą sportową społeczność, zyskasz jedno – swój świat. Przestrzeń do rozmowy o pasji, wymiany doświadczeń czy po prostu dzielenia się radością, jaką daje każdy sport.

 

źródło: http://zwierciadlo.pl/zdrowie/jaki-sport-wybrac-dla-siebie/2

Kroki do szczęścia

  • 10 kroków do szczęścia psychologa Joanny Stelmach zostało zamieszczonych w artykule Małgorzaty Potoczak-Pełczyńskiej „Przepis na szczęście”

(więcej…)